wtorek, 6 listopada 2018

Wracam.

Gdzieś podświadomie czułam, że prędzej czy później, ten dzień nadejdzie. Mocno wierzyłam w to, że w końcu przyjdzie w moim życiu taki moment, że znowu to poczuję i wrócę. Do pisania, do robienia zdjęć. Bo od gotowania i pieczenia nigdy nie uciekłam, tego nigdy nie miałam dość. Ale przez jakiś czas odcięłam się od kuchni w wersji wirtualnej. Po drodze, jak wiecie, było kilka prób powrotów, ale to nigdy nie było to. Brakowało mi pomysłu, brakowało czasu, a przede wszystkim chyba, przyznaję - chęci. Ale jak to mawia moja mama "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".

Ta przerwa była mi potrzebna. 

Żeby zatęsknić. Zrozumieć, że ja to naprawdę kocham robić. Żeby dojrzeć i wrócić. 
Po drodze wiele się wydarzyło i zmieniło. Przygodę z blogowaniem zaczynałam w moim rodzinnym domu,
w kuchni u rodziców. A później, jak to w życiu bywa, dałam się porwać światu. Kraków zamieniłam na Berlin. Piękną, dużą kuchnię w domu zamieniłam na małą, niezbyt urokliwą kuchnię berlińskiego akademika. Po jakimś czasie akademik zamieniłam na mieszkanie i chociaż w nim kuchnia dawała już nieco większe pole do popisu to z blogowaniem i tak nie było mi po drodze. Za to wtedy nauczyłam się, czym tak naprawdę jest praca w gastronomii. Przez ponad rok pracowałam w jednej z popularniejszych kawiarni w Berlinie. 

Moja szefowa często mi powtarzała, że przy niej i w tym zawodzie nauczę się życia. Miałam być tylko kelnerką, ale okazało się, że wielozadaniowość jest w cenie, więc byłam jednocześnie kelnerką, barmanką, pomocą kuchenną, sprzątaczką i dziewczyną na posyłki wszelakie.

Praca w tej kawiarni nie tylko wzbogaciła moje kulinarne umiejętności, ale przede wszystkim pokazała mi,
że jestem w stanie przekroczyć swoje granice, a konkretnie granicę nieśmiałości i wytrzymałości.

Nagle okazało się też, że fakt, iż lubię gotować, tak naprawdę wcale nie wystarcza i nie pomaga mi w pracy.
To było chyba dla mnie największym szokiem. Dotarło do mnie, że czym innym jest zrobienie sałatki dla dwóch osób na romantyczną kolację, a zupełnie czym innym jest zrobienie jej dla kilkunastu osób. 

Nauczyłam się też, jak ważne jest bycie dokładnym i że naprawdę warto (a wręcz trzeba) każdego dnia dbać nawet o najdrobniejsze szczegóły. W kawiarni/restauracji każdy drobiazg ma znaczenie.
A już największe znaczenie mają ludzie, z którymi się pracuje. Dobrana ekipa to prawdziwy klucz do sukcesu. Praca w gastronomii często jest niezwykle męcząca i wymaga ciągłego skupienia, więc zgrany zespół, który potrafi razem działać i znaleźć radość w swojej pracy, wynagradza wszelkie niedogodności.

Co jeszcze dała mi (i tak naprawdę wciąż daje) praca w gastronomii? Empatia i cierpliwość. Dużo cierpliwości. Codziennie spotykasz kilkadziesiąt osób. Zdarzało się, że czasami jedno zachowanie klienta potrafiło zepsuć mi nastrój do końca dnia. Bardzo szybko musiałam nauczyć się dystansu do pewnych spraw oraz specyficznych zachować gości. Poza tym istotna jest też umiejętność spojrzenia na pewne sprawy z perspektywy innej osoby, czyli w tym przypadku gościa kawiarni. Oczywiście jesteśmy tylko ludźmi i do dnia dzisiejszego muszę czasem mocno ugryźć się w język, żeby nie powiedzieć kilku słów za dużo, rzucić fartuch na środek knajpy i uciec
z niej jak najszybciej i jak najdalej. Na szczęście jeszcze nigdy nie było aż tak źle, żebym faktycznie posunęła się do takiej konieczności ;-) Są momenty, że cała gotuję się w środku, ale uśmiech nigdy nie schodzi mi
z twarzy. A wszystko dlatego, że w swoją pracę wkładam całe serce i to liczy się najbardziej. Plusem jest również fakt, że większość klientów to jednak goście dzięki którym aż chce Ci się pracować i uśmiechać.

Bez końca mogłabym tak wymieniać czego jeszcze się nauczyłam. A właściwie czego uczę się każdego dnia.
Ale nie o tym przecież miałam Wam pisać ;-)

Wracam do Was.

Wracam, ale w zupełnie nowej odsłonie. Dalej będzie o jedzeniu, dalej będzie smacznie, ale formuła bloga delikatnie się zmieni. Dlaczego? Bo znalazłam miejsce, które pokochałam na tyle mocno, że oddałam mu swoje serce i swoją pasję do wszystkiego, co z gotowaniem i pieczeniem związane. Berlin zostawiłam (chociaż to miasto zawsze będzie zajmować specjalne miejsce w moim sercu). Do Krakowa wróciłam, ale tylko na moment. Miało być na dłużej, wyszło jak zawsze. Gdzie w takim razie teraz jestem? Cafe SOHO, Wroniecka 2/3 w Poznaniu. W tej uroczej kawiarni jestem każdego dnia, żeby zarażać swoją pasją, karmić tak, jak sama lubię zjeść, parzyć najlepszą kawę w mieście.

A tutaj będę Wam o tym miejscu opowiadać. O ludziach, którzy to miejsce tworzą; o jedzeniu, które kusić Was będzie na zdjęciach, a którego spróbować możecie przychodząc do nas; o kawie, która zasługuje na miano najlepszej kawy w Poznaniu.
Więc będzie o jedzeniu, ale nie tylko. Bo poza jedzeniem, najważniejsi są dla mnie ludzie. Goście i moja (najlepsza na świecie!) ekipa, bez której nie byłoby tego miejsca. 

Cały czas się uczę, poszukuję nowych smaków i nowych połączeń. Lubię klasykę, ale nie boję się eksperymentów. I lubię wyzwania. A prowadzenie kawiarni bez wątpienia takim wyzwaniem jest.

Kiedyś opowiem Wam też, jak tutaj trafiłam. 
Bo, jak chyba wszystko w moim życiu, było to splotem wielu przypadkowych zdarzeń ;-)

Tyle tytułem wstępu. A więcej już niebawem, obiecuję. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz